Dzień za dniem w Hiszpanii…

Dzień zaczął się podobnie jak inne o tej porze roku – poranek okazał się dosyć ładny i ciepły. Niecodzienne było to, iż mimo czwartku w środku roku szkolnego nie szliśmy do szkoły lecz na zbiórkę poprzedzającą wyjazd – najpierw do Warszawy, z niej do Madrytu, a stamtąd na Teneryfę. Oprócz mnie na roboczą wizytę Comeniusa pojechało 7 osób – uczniów i nauczycieli z naszej szkoły.

Po dosyć długiej podróży (dla niektórych pierwszej wyprawie lotniczej w życiu) wylądowaliśmy na lotnisku w Los Rodeos
na Teneryfie. Tam bardzo gorąco przyjęli nas hiszpańscy uczniowie i ich rodzice, razem z nimi udaliśmy się do ich domów. Następnego dnia zbiórka w szkole była o 8.15. Trochę zdziwiło nas umiejscowienie tej szkoły na dość stromym wzgórzu. Pierwsza lekcja, na której uczyliśmy się hiszpańskich tańców, rozpoczęła się z lekkim opóźnieniem. Tego dnia próbowaliśmy przygotowanych przez wszystkie kraje specjałów według babcinych przepisów. Było to bardzo miłe doświadczenie, ponieważ wszystko, czego kosztowaliśmy, okazało się niezwykle słodkie.J Następnie udaliśmy się na stadion miejski, na którym próbowaliśmy swoich sił w tradycyjnych kanaryjskich sportach. Muszę przyznać, że
z niektórymi dyscyplinami nigdy dotąd się nie spotkałam. Po lunchu poszliśmy na oficjalną wizytę do mera miasta – odpowiednika naszego prezydenta. Pod opieką pani przewodnik podziwialiśmy plac, na którym w sobotę miała się odbyć fiesta św. Marka. Zobaczyliśmy też charakterystyczne dla Teneryfy Smocze Drzewo – najstarszy okaz ma około 2 tysięcy lat! Dookoła rosły palmy, bananowce, rajskie ptaki i mnóstwo innych egzotycznych roślin. Słyszeliśmy też w pobliżu papugę.
Następnego dnia około godziny 10 wszyscy uczniowie poszli na plażę. Wieczorem odbyła się fiesta, na której każdy był ubrany w typowy dla swojego kraju strój ludowy. Świetna zabawa trwała przez kilka godzin. Wprawdzie ze względu na ulewny deszcz z miejskiego placu została przeniesiona do szkolnej stołówki, ale to tylko przyczyniło się do integracji uczniów i nauczycieli – oprócz nas i Hiszpanów brali w niej udział Grecy, Włosi, Niemcy, Węgrzy, Bułgarzy.
Następnego dnia nasi hiszpańscy przyjaciele prezentowali tradycyjne gry i zabawy. Było dosyć śmiesznie, ale nie uda mi się tego opisać, najlepszy obraz tego, co się tam działo, przedstawiają zdjęcia. Wspomnę tylko, że zjeżdżaliśmy na deskach z jednej z najbardziej stromych ulic miasta. A potem poszliśmy zobaczyć wybrzeże – takich widoków nie da się zapomnieć! Bez wielkiego znaczenia było nawet to, że wracaliśmy pieszo przez ok.2 godziny. Wieczorem odbył się bal przebierańców, na którym wystąpiliśmy w przygotowanych przez Hiszpanów strojach. Było śmiesznie i smacznie, bo rodzice przygotowali bardzo dobry, tradycyjny poczęstunek. Świetna atmosfera, muzyka, taniec sprzyjały zaprzyjaźnieniu się uczestników wymiany.
Kolejnego dnia pojechaliśmy do Narodowego Parku Teide, do miejscowości La Laguna, aby zobaczyć muzeum Casa Lercaro. Podjechaliśmy prawie pod sam wulkan, podziwiając iście księżycowy krajobraz. W środę wszyscy wybraliśmy się do Puerto de la Cruz – wspaniałego kurortu Teneryfy. Spędzaliśmy czas na basenie w sąsiedztwie oceanu i choć słońce ciągle chowało się za chmurami, to wieczorem efekty naszego opalania było widać dosyć wyraźnie. Tak spędziliśmy ostatni dzień na egzotycznej Teneryfie. Żal było odjeżdżać, żal było żegnać się z naszymi nowymi przyjaciółmi. Czekał nas jednak kolejny etap hiszpańskiej przygody – Barcelona.
Pierwsze, co zobaczyliśmy, to Rambla – najbardziej znana ulica Barcelony. Rozciąga się od Placu de Catalunya do górującej nad okolicą kolumny Kolumba, przy której mieliśmy wyznaczone miejsce zbiórki. Jechaliśmy kolejką linową z Port Vell na najwyższą część wzgórza Montjuic. Widoki były przepiękne – najbardziej podobało mi się wybrzeże i plaża. Wieczorem poszliśmy zobaczyć tańczące fontanny. W dzień niczym nie różnią się one od pozostałych, które
w Hiszpanii można spotkać właściwie na każdym kroku. Jednak w nocy dzięki swoistej magii muzyki i kolorowych świateł stają się czymś niesamowitym, zapierającym dech w piersiach. Nie ulega wątpliwości, że warto było je obejrzeć. Kolejnego dnia obejrzeliśmy secesyjny kościół Sagrada Familia, którego budowę rozpoczęto w 1882r. a jej zakończenie planowane jest na 2026r. Ta potężna budowla została zaprojektowana przez Gaudiego. Najbardziej przykuło moją uwagę staranne i dokładne wykonanie szczegółów. Następnie udaliśmy się do Muzeum Picassa znajdującego się w dzielnicy Barri Gothic. Mogliśmy zobaczyć tam ponad 3500 dzieł Picassa. Kolejnym punktem zwiedzania był park Guel, w którym bardzo spodobały mi się schody wejściowe do głównego pawilonu. Gaudí umieścił w nich trzy wysepki: pierwszej nadał formę groty, drugiej – węża na tle katalońskiej flagi – symbolu mądrości, a trzeciej – salamandry – symbolu Plutona. Następną atrakcją, szczególnie dla fanów piłki nożnej, było Camp Nou, na którym na co dzień gra FC Barcelona. Zwiedziliśmy muzeum, a potem gratka dla kibiców – można było odwiedzić stanowiska komentatorskie i podejść do murawy, by poczuć się jak zawodnik. Ostatniego dnia pobytu w Barcelonie postanowiliśmy zobaczyć Oceanarium, wrażeń z którego nie da się opisać. Był tam taki długi oszklony tunel podwodny, a przez jego szyby widzieliśmy płaszczki, rekiny, rafy koralowe… W oddzielnych akwariach można było zobaczyć pingwiny, meduzy, krewetki i dużo, dużo innych żyjątek morskich. Później mieliśmy wolny czas, żeby kupić ostatnie pamiątki z Barcelony.
Tak skończyło się nasze niezwykłe spotkanie z Hiszpanią. Nowi znajomi z różnych stron świata, oszałamiające krajobrazy, cudowne zabytki, zwyczaje, których nie znaliśmy, smaki, o których nie mieliśmy pojęcia. Długo przygotowywaliśmy się do tej wizyty, ale wiem jedno – było warto. Mamy tę wyjątkową okazję, aby z Comeniusem urzeczywistniać swoje marzenia. Teraz zaglądamy do zdjęć (zrobiliśmy ich mnóstwo) i podtrzymujemy zawarte znajomości na facebooku.
Kamila Gębała, I c LO